Studenckie harce

Skończyła się pewna era, albo ja już nie nadążam. Za dużo tego wszystkiego, za dużo brudnego, niepotrzebnego seksu.

Byłem pół służbowo, pół prywatnie w Berlinie. Nie mamy tam interesów, choć bardzo byśmy chcieli – z rozmów jak na razie nic nie wynika. Spotkałem się za to ze starymi znajomymi, jeszcze z czasów studenckich. Była spora impreza, domówka. Była też Gosia. O połowę ode mnie młodsza studentka, która pojechała tam z jakiegoś programu unijnego. Mniejsza z tym. Niebrzydka, bardzo wygadana, ekspansywna. Parę kilogramów mniej i można by ją uznać za wyjątkowo atrakcyjną dziewczynę. Przegadaliśmy może z godzinę, potem naprawdę zmęczony poszedłem do swojego pokoju. Spałem już, jak mnie obudziła. Pieściła mnie ręką, ja pieściłem jej cudownie gładkie, aksamitne, duże piersi. Po paru chwilach powiedziała mi, że nie możemy się kochać, tak po prostu. I zrobiła mi takiego loda, jakiego dawno, lata całe nikt mi nie zrobił. Pieściła uda, jądra, czułem jej nosek na brzuchu kiedy mój wojownik znikał cały w jej gardle. Tam też skończyłem. Przytuliła się do mnie i zasnęliśmy.

Nawet nie mamy do siebie telefonów, choć jesteśmy „znajomymi” na FB. Nie odezwała się, choć ja chyba ze trzy razy delikatnie zaczepiłem ją jakimś neutralnym „dobrego dnia”. Rozumiecie coś z tego? To nie jest rozpacz dwudziestolatki, to nie jest poszukiwanie korzyści, to nie jest wreszcie nimfomania. Co to do cholery było? Wybaczcie dziewczyny, wybaczcie panie – jak można Was traktować serio, z szacunkiem? To nie jest ostatnio w moim otoczeniu żaden wyjątek, to mimochodem stało się normą. Nikt tego nie zauważył?

Aneta

Zamilkłem na jakiś czas. Dużo się nie działo, pozornie, bo faktycznie działo się wiele. Na dzisiaj sytuacja jest taka, że jestem z Magdą. Regularnie sypiamy ze sobą, choć formalnie jesteśmy znajomymi na stopie zawodowej, bo nawet nie pracujemy w tej samej firmie, formalnie. Wszyscy – oprócz jej męża, z którym oczywiście chce się wziąć rozwód – o tym wiedzą, ale każdy udaje, że nic nie wie. My sobie na głos niczego nie obiecujemy, choć mam poważną obawę, że działa to w jedną stronę…
Faktycznie powiem Wam, że straciłem jakikolwiek szacunek do kobiet. Nie dlatego, że jestem szowinistą, ale po prostu znam paru facetów z zasadami, a kobiety ani jednej. Przysięgam, co poznam bliżej, nie „w tym” sensie, ale w jakimkolwiek – to się okazuje, że to puszczalska. Nie poznałem jeszcze tego Anioła, który podobno istnieje. Ja nie jestem oczywiście w jakikolwiek sposób uprawniony, żeby kogokolwiek oceniać, nie z moim portfolio… Tyle o mnie wiecie, ale z racji tego, że mam szeroki horyzont, więcej widzę, if u know what i mean…
Przykład z ostatnich dni. Aneta – koleżanka, znajoma bardziej. W trakcie rozwodu, dziecko, nowy chłopak. Umowiliśmy się na kawę, skończyliśmy w łóżku. Bez sensu, bez powodu – chemia między nami jest szczątkowa, sypialniana wyłącznie, ale jest. Nogi ma faktycznie bajeczne, reszta gorzej, choć tragedii nie ma – buzia ładna, figura znośna, buzia zalotna, intelekt powyżej średniej, emocjonalność wydaje się w normie. To wystarczyło. Seks jak seks, nic co by trafiło do kolejnych wydań Ars Amandi. Trochę tantrycznych klimatów, bez żadnych udziwnień. Bardzo fajnie, ale w ramach nie wiem czego usłyszałem nad ranem: „bo wiesz, jestem po trzydziestce, z dzieckiem, naukowo wyżej nie zajdę”. To jest wytłumaczenie puszczania się kompletnie bez sensu. To jest łowienie nie wiem kogo, męża? Mecenasa? Wpływowego przyjaciela? Nie rozumiem…

Z pamiętniczka – Kasia

Wolny wieczór, a akurat w ciągu dnia spotkałem na ulicy starą znajomą – Kasię. Mam parę wspomnień…
Kasia była barmanką w moim ulubionym pubie. Byłem tam codziennie, po pracy, zamiast pracy, w weekendy. Mieszkałem zawsze w centrum, więc wiesz. Kawalerskie życie. No i zadziałało stare prawo, które mówi, że barmanki są zawsze atrakcyjniejsze niż niebarmanki. Nie wiem, może to kwestia oświetlenia, może trunków. W każdym razie tak jest i kropka.
Wracając do Kasi, nie była to jakaś jednorazowa chwila słabości, trwała chyba z miesiąc, czy dwa. Wiedziałem oczywiście, że połowa bywalców kosztowała chleba z tego pieca, ale nie przeszkadzało mi to. Była – i jest – wysoką, wyższą ode mnie, szczupłą blondynką. Z małymi, ale fajnymi, jędrnymi piersiami i naprawdę ślicznymi ustami. Potem się okazało, że średnio przydatnymi, bo tej akurat dyscypliny nie lubiła. Miała za to specyficzny fetysz, o którym później rozmawialiśmy z kolegami i wszyscy potwierdzili – uwielbiała seks klasyczny, ale koniecznie z palcem w pupie. Nikt z nas nie próbował z wibratorem, to nie były te czasy. Przedziwne upodobanie, ale tylko tak mogła dojść. Rozmawiać nie mieliśmy o czym, ale pachniała fajnie. No i pupę miała śliczną. Małą, twardą. Nie widzieliśmy się kilkanaście lat, ale sentyment został.

Kotara w dół

Wyjaśniło się trochę. Magda się otworzyła – odkochała się w absztyfikancie, poukładaliśmy relacje. A przy okazji wiem już, skąd u niej tyle kunsztu pościelowego. Po prostu od trzech lat nie sypia z mężem, ale nadrabia w błyskawicznym tempie poza małżeńską alkową. Oprócz paru momentów, w których nawet ja byłem zniesmaczony – i nie chodzi mi o trójkąty czy różne les sytuacje – dziewczyna naprawdę przeszła szkołę jakiej porządne gejsze by się nie powstydziły. Teraz przejdź na chwilę do moich pierwszych wpisów o niej i nie śmiej się z mojej intuicji, bo każdy by się pomylił. Dziewczyna wygląda na samarytankę, grzeczna, bardzo elegancka, wyjątkowo elegancka dama. Tyle że umie już wszystko. Wielu się zdaje, że wie czego chce i czego nie chce. Magda naprawdę WIE. To jest różnica taka, że trzeba to przeżyć żeby zrozumieć.
Spotykamy się dwa, trzy razy w tygodniu. Czasem na parę godzin, rzadko na noc. Prawie zawsze kończy się to seksem, który nigdy nie był dwa razy taki sam, a rzadko się kończy na jednym razie. To jest coś niesamowitego. Odkrywam światy, o których tylko słyszałem. Magda jest idealną kochanką, doskonałą. Oddanie i rozkosz jakie widzę w jej oczach są czymś, co się na zawsze wdrukowuje w pamięć. Czasem po prostu spotykamy się coś wspólnie zjeść, posłuchać muzyki, wypić herbatę albo lampkę wina. Chemia rozsadza wszystko w promieniu kilkunastu metrów. Nie wiem ile to jeszcze potrwa, takie sytuacje nie trwają wiecznie, są raczej jak te jednodniowe motyle. Wiem jednak, że zapamiętam to do końca życia, choć z całą pewnością żadne z nas nie potrafiłoby tego nazwać miłością. To chyba zauroczenie, nawet nie zakochanie. Chemia po prostu.

Układ (chyba) doskonale skomplikowany

Magda… Wróciłem ostatnio z kilkudniowego wyjazdu, Magda czekała już pod bramą. Ze świeżymi bułkami, butelką wina, dobrym serem. Weszliśmy do mieszkania. Wziąłem szybki prysznic po podróży.
- Musisz wiedzieć, ja tak chyba nie mogę – zaczęła. Powiedziała mi, że ma wyrzuty sumienia, bo się chyba zakochała w moim koledze. Rozumiesz? Mężatka zwierza się kochankowi, że się zakochała w jego koledze. Musiałem się napić.
Kochaliśmy się na stojąco, przy stole, przed lustrem. Ze spodniami spuszczonymi do kostek. Jak nastolatki. Potem pochylona oparła się o stół. Chciałem ją ukarać za ten cały absurd. Mocno uderzałem najpierw jeden, a potem drugi pośladek. Jak na filmach kazałem jej klęknąć przed sobą i skończyłem długim, soczystym wystrzałem w jej ustach.
Doprowadziliśmy się do ładu i napełniliśmy kieliszki. Opowiadała, jaki wrażliwy i uroczo bezradny jest nasz wspólny kolega. Jaki troskliwy od pewnego czasu stał się jej mąż. Jak bardzo uzależniła się od naszych łóżkowych randek.
Słuchałem, potakiwałem. Powoli się rozebrałem i położyłem na łóżku.
- Jak skończysz, to rozbierz się tak, żebym widział – powiedziałem cicho.
Wychodziła ode mnie przed północą. Na drżących nogach, całując nerwowo całą moją twarz. Nie wiem co mam z nią zrobić. Seks jest doskonały, ale jakaś góra lodowa już wystaje zza horyzontu…

Magda pełna wątpliwości

Nie byłem przekonany, czy to wszystko to tylko efekt zbiegu okoliczności zdrowotnych i emocjonalnych. Swoje lata mam, poszedłem do lekarza. Specjalista jeden z lepszych w kraju. Na „tych” sprawach oszczędzać to gorzej niż zbrodnia, to głupota. Rozmowa trwała 10 minut. Przedstawiłem swój uroczo autodestrukcyjny tryb życia, dwie sytuacje z Magdą i poprosiłem o jakąś cudowną kurację. Dał mi skierowanie na jakieś badania hormonalne i receptę.
Dzień pózniej odwiedziła mnie w moim mieszkaniu. Nie na całą noc, bo musiała wrócić ostatnim metrem, ale mieliśmy wino, trochę zioła i kilka godzin. Nie wiem co tak naprawdę zadziałało, może wszystko naraz. Zaczęliśmy od pieszczot. Dwa razy gryzła poduszkę. Ona ma cipkę tak ciasną, tak pachnącą, że nie umiem się oderwać. Potem się kochaliśmy, wszedłem w nią delikatnie, ale i tak zobaczyłem kroplę potu na jej czole. Byłem na górze. Kochaliśmy się bez opamiętania. Po kwadransie wystrzeliłem na jej brzuch, piersi, szyję. Padliśmy ciężko oddychając. Spełnienie całkowite. Totalne.
Pół godziny później znowu byliśmy w objęciach. Tym razem od tyłu. Obojętnie ile w życiu jeszcze przeżyję, ten szczupły, zgrabny tyłek będę zawsze pamiętał.
Spotkaliśmy się dwa dni pózniej. Dużo rozmawialiśmy. Kochaliśmy się.
Nie wiem co myśleć. Jestem zakochany? Nie wiem, chyba nie. Jest idealna w łóżku, bardzo piękna, dobra. I nielojalna. Ma męża, dzieci, spotyka się z kimś jeszcze. Jeśli mamy być kochankami, to OK. Co jeśli jedno z nas będzie chciało czegoś więcej? Już teraz czuję, że bardzo, cholernie bardzo by mi brakowało jej towarzystwa…

Wszystko na głowie

Chwilę nie pisałem, bo działo się zdecydowanie za dużo. Nie nadążam. Miało być spokojnie, a wyszło jak zawsze.
Milena jak się okazało zaszła w ciążę. Przynajmniej tak mi powiedziała. Mielibyśmy problem, gdyby nie fakt, że natychmiast musiała usunąć. Kwestie zdrowotne, nie chcę wnikać w szczegóły. Zdemolowało mi to psyche. Przynajmniej na jakiś czas.
Jak się otrząsnąłem, to się okazało, że jestem na wyjazdowym szkoleniu, w jednym hotelu z Magdą. Domyślasz się w jakim byłem stanie psychicznym. Rozłożony na łopatki. Jak u Koterskiego: zablokowany już na starcie. Kilka piw i butelka Ballentinesa zrobiły resztę. W efekcie pół nocy męczyłem Magdę, jej cudowne piersi, dziewczęcą cipkę – ale wyłącznie manualno-oralnie. Nie stanął mi. Koszmar faceta pierwszy raz odczułem na własnej skórze. Robiłem wszystko, ale nie dało się.
Myślałem, że to koniec naszego flirtu, ale nie! Dziewczyna zrozumiała, widziała jaki jestem poprzetrącany. I nie zamknęła drzwi. Byliśmy jeszcze na dwóch niełóżkowych randkach. Jestesmy umówieni na pościelową. Zrekompensuję jej wszystko, jeśli stres pozwoli, bo przyznaję – jakiś stres został. To jak ze sportem, coś się stało, jakaś trauma, to trzeba jak najszybciej znowu zanurkować, skoczyć na nartach, skoczyć ze spadochronem. Nie ma innej drogi.

Już nie taka nierealna Magda

Pamiętasz jak opowiadałem o Magdzie? Wszystko odwołuję. Prawie wszystko.
Mówiłem, że nie poddam się bez walki. Po dwóch dniach intensywnego flirtu na Fejsie, zgodziła się na spacer. Pojechałem na koniec świata, ale było warto. Otworzyła się. Jest ode mnie nieco młodsza, ma dwoje nastoletnich dzieci i oczywiście problemy małżeńskie. Pospacerowalismy, poszliśmy na piwo, odstawiłem ją do domu. Niby nic, ale czuję, że prędzej czy później poznamy się dużo lepiej.

Milena na fali

Znowu Milena, o której Wam opowiadałem niedawno. Tym razem przyjechała do mnie. Nie wiem jak to odbierać. Miałem małą depresję, rozmawialiśmy na fejsie i padło pytanie: przyjechać? Przyjedź. Przyjechała.

Spotkaliśmy się od razu u mnie. Wypiliśmy morze rumu, ocean piwa, słuchaliśmy Leonarda Cohena. Tak tak, ta małolata – ponad 10 lat młodsza – zna Cohena. Przegadaliśmy całe popołudnie i pół nocy. Wreszcie poszliśmy do łóżka. Odwróciła się tyłem. Przytuliłem. Całowałem szyję, uszy. Pieściłem piersi. Faktycznie są trochę takie jak pisałem, ale po prostu należało pieścić je mocniej. Tym razem zajęła się mną kompleksowo – pieściła mnie solidnie, z werwą, fantazją, mimo zmęczenia i mimo alkoholu. Kochaliśmy się za to klasycznie, misjonarsko. Nie mogłem dojść. Spociłem się, trwało to chyba z pół godziny albo dłużej. Nie mogłem. Wreszcie skończyłem na jej idealnym, perfekcyjnym łonie.

Chwilę leżeliśmy. Dłonie tylko gdzieś wędrowały. Drugi raz był ciekawszy. Zmienialiśmy pozycje co chwilę, zachłannie szukaliśmy najkrótszej drogi do raju. Znowu wyłącznie pierwsza brama była w użyciu, ale kochaliśmy się jak wariaci, jak nastolatkowie, jak kochankowie którzy czekali na siebie całe życie.

Nie wiem, co z nią zrobić. W łóżku jest rewelacyjna, poza łóżkiem jest bardzo intrygująca, rozbudzająca fantazje, marzenia, inspirująca. Ale jest też bardzo niepokojąca. Poza tym dzieli nas z dwieście kilometrów. Dzieli nas mnóstwo. Łączy też wiele. Ciekawy jestem jak to się potoczy. Chyba weszła w ten romans głębiej niż ja się spodziewałem, a ona chciała. Ja jak głęboko wszedłem? Nie wiem.

Dziewczyny z małych miasteczek

Lubię oczywiście damy z klasą, które potrafią jeść bezę sztućcami, zakładać nogę na nogę, taktownie poczekać na otworzenie drzwi. Te które noszą najdroższą bieliznę, przeklinają tylko podczas orgazmu, a papierosa trzymają wyłącznie jak Sharon Stone. Tylko że one najczęściej są właśnie tym, co się wydaje na pierwszy rzut oka: świetnym opakowaniem. Niestety, znajomość historii cielesności i imion wszystkich bogiń seksu nie pomaga, kiedy pojękiwania są tak samo prawdziwe jak kolor włosów.
Warszawskie damy mają swój urok. Naprawdę potrafią godzinami uwodzić, roztaczają wokół siebie chmury feromonów. W tym są najlepsze. Bez konkurencji. Na drugim krańcu są dziewczyny z małych miasteczek, te niezmanierowane dużymi ośrodkami, rzadziej patrzące w telewizor. Są prawdziwe.
Taka była Iwona. Pochodziła z jakiegoś naprawdę malutkiego miasteczka na wschodzie kraju. Przyjechała do Warszawy na studia i została na zawsze. Poznaliśmy się jak to zwykle bywa przypadkiem. Pani psycholog znudziła się mojemu koledze. Dowiedziałem się po paru miesiącach, że wszystko ukartował. Jej naopowiadał o mnie, mi powiedział tylko, że musi od niej uciec, bo „wysysa z niego życie”. Powiedział to z takim uśmiechem, że więcej nie musiał mówić. Podczas któregoś wyjścia w większym gronie do klubu koniecznie musiał gdzieś pojechać, pilnie. No to zająłem się Iwoną. Wypiliśmy parę drinków, potańczyliśmy. Przegadaliśmy parę godzin. Całowaliśmy się. Wychodząc koło trzeciej nad ranem nie mówiliśmy nic. Wsiedliśmy do taksówki i pojechaliśmy do mnie.
Dopiero wtedy tak naprawdę zobaczyłem jak wygląda. Była niebrzydka z twarzy, przeciętna. Zgrabna w miarę. Przeciętna myszka w spódnicy do kolan i bluzeczce urzędniczki pocztowej. Usiadłem w fotelu, nalałem po parę kropel whisky, włączyłem Massive Attack, których do dzisiaj uwielbiam. Wtedy stało się coś magicznego. Iwona zaczęła tańczyć. Pierwszy raz ktoś zrobił dla mnie striptease patrząc mi w oczy z takim oddaniem. To było absolutnie magiczne. Nie podniecało mnie jej ciało, ale jej ruch i oddanie. Padła naga na podłogę i na kolanach podeszła rozpiąć mi spodnie. Dobre 20 minut męczyła mnie w taki sposób, jaki wcześniej tylko podejrzewałem, że jest możliwy. Kiedy już miałem kończyć, zawsze wyczuwała i schodziła na uda, jądra. Wreszcie pozwoliła mi skończyć w jej gardle. Nie ustach. Gardle. Myślałem, że umrę spełniony.
Wyszła do łazienki, ja dopiłem whisky. Poszliśmy spać. Obudziłem się, kiedy siedziała na mnie w łóżku, tyłem. Spędziliśmy tak parę tygodni. Któregoś razu po prostu zapytała, czy chcę z nią „być”. Zapytała takim tonem i z takim oddaniem w oczach, że się przestraszyłem. Nie chciałem jej zrobić krzywdy. Powiedziałem, że nie. Wyjechała całując mnie na pożegnanie tak, że jeszcze teraz czuję to miejsce na ustach, które lekko przygryzła.
To nie była miłość, to była magia. Magia zaś prędzej czy później się kończy. Mam nadzieję, że Iwona znalazła swoje miejsce na ziemi. Jeśli ktokolwiek na to zasługuje, to właśnie ona.